Wszystkie »

  • Wpisów:9
  • Średnio co: 181 dni
  • Ostatni wpis:11 dni temu
  • Licznik odwiedzin:750 / 1815 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Przez ostatni miesiąc bardzo dużo się wydarzyło.
Rzucilam studia, znalazłam pracę i właściwie to zostałam totalnie sama w mieście, z którego wyśmiewa się cała polska.

Ostatnie dni minęły mi bardzo szybko, pewnie przez sposób w jaki je spędziłam.
Biegłam za pracą i teoretycznie, jak już wspomniałam ja znalazłam.
Boję się jednak, że to wszystko spali na panewce.
Już szczerze nie wiem jak mam postępować.
W głowie mam straszny mętlik i bardzo dużo zmartwień.
To całe może życie w jednym momencie zostało bardzo zachwiane.
Tak jakby czasoprzestrzeń została zakrzywiona i wszystkie moje decyzję splotły się w jeden zły ciąg zdarzeń.
Naprawdę sie martwię i już nie wiem co mam robić.
Czy szukać roboty dalej, czy czekać do stycznia.
Nie wiem, już naprawdę, nie wiem co mam robić.

Doskwiera mi samotność, nie mam kontaktu z rodziną, a jego rodzinie, tak na prawdę nie chce się narzucać.
Przyjaciele mają swoje zajęcia, a moja znajoma bulimia bardzo mocno daje mi się we znaki.
Ciężko jest, nie wiem czy dam radę.

24dni.
 

 
Właściwie to dotarłam w swoim życiu do takiego momentu, w którym pewnie większość z was było, albo będzie. Stanęłam przed bardzo ciężką dla mnie sytuacją.
Zostałam rozdarta pomiedzy swoimi ambicjami, miłością, rodziną, a wlasnym samopoczuciem i komfortem.
Właśnie - komfortem.
Większość swojego życia szukałam rzeczy, ludzi, czynności które pomógłby by mi w pewien sposób ustabilizować poziom komfortu emocjonalnego i psychicznego, ale z powodu pewnych braków nie miało to właściwie żadnego sensu, a skutki były marne.
Nie mówię że, ludzi wykorzystywałam- wręcz przeciwnie, raczej zawsze, kiedy już jacyś przy mnie byli, czerpałam z tego, że po prostu są. Sama ich obecnosc, czy tych z internetu, czy z realnego świata, dawała mi jako takiej energii do podejmowania działań i kroków, co zapewniało mi swego rodzaju komfort.
Całe moje dotychczasowe życie, zamknięte w pokoju i z brakiem większej interakcji z otoczeniem i z ludźmi, uciekanie w komfort ciszy i braku emocjonalnego zaangażowania, sprawiło że dzisiaj nie potrafię podejmować decyzji. Nadmierne myślenie, stres i paranoiczne tendencję utrudniają mi życie.

Nie chcę być postrzegana przez pryzmat mojego niezdecydowanie i słabości.
Zawsze dążyłam do tego, żeby ludzie widzieli to jak jestem silna i jak daje radę.
Udowadnialam im to na każdym kroku,bo tego ode mnie wymagano. Bo chciano, żebym sprostała pewnym rzeczom. Zostałam naznaczona przez rodzinę, napietnowana, oznaczona metką zludnego wrażenia.
W pewnym momencie tej całej farsy, sama uwierzyłam, że tego chce.

A ja tak na prawdę tego nie wiem.
I nie wiem co mam zrobić w tej sytuacji.
Czy ciągnąć to dalej, czy zakonczyć- zawieść wszystkich, ale być zgodna ze samą osobą i może poprawić swój psychiczny stan?

Nie podoba mi się tutaj, czuje się przytłoczona i zmęczona.
Na prawdę zmęczona, a nie robię nic ponad to, do czego wczesniej byłam przyzwyczajona. Ba, nawet swojej dawnej normy nie wyrabiam.
I ciągnie mnie strasznie do alkoholu.
I już nie wiem czy pije, bo lubię smak piwa, czy dla tego, że lubię to jak mnie w tym stanie mało co obchodzi.

Może zalecialo tu nutką kobiecego dramatyzmu, ale sytuacja w moich oczach na prawdę jest ciężka.
 

 
Cześć!
Teraz będę zamieszczać posty z dość sporymi odstępami czasu, gdyż w sumie średnio go mam.
Zaczęłam studyjka. Mija już trzeci tydzień i w sumie to... Już w pierwszym tygodniu zaczęłam się zastanawiać, co ja tam właściwie robię.
Nie mogę powiedzieć, że jest jakoś wybitnie źle, bo jest całkiem oki.
Ale przerósł mnie nagły przeskok z paru miesięcy nic nie robienia, jeżeli chodzi o naukę i jakąkolwiek wiedzę, na totalny zapierdol.
Bardzo dużo nowych rzeczy. Bałdzo.
To już nie przelewki, to już nie liceum.
Studia nie każdy musi zdać, no nie?
Właściwie to szłam tu z zamiarem poprawienia matury, ale jest tak dużo materiału, że nie mam pewności czy dam radę się przygotować w jakikolwiek sposób do tej maturki.
Obawiam się, że nie wyrobie.
Już ledwo co daje radę.
Próbuje się cały czas wstrzelić w system ostrego kucia, ale serio mi nie idzie.
W każdym razie, czy tak czy inaczej nie zamierzam się poddawać. Dam z siebie wszystko, a co z tego wyjdzie... Zobaczymy.
 

 
Witam serdecznie i ciepło tak jak ta końcowo wrześniowa pogoda za oknem!
Nie pisałam tu dość długo, ale przyznam się szczerze, że ostatnie dwa tygodnie mam strasznie dziwne.
Nie zabiegane, nie zamieszane - Dziwne.
Strasznie dużo się dzieje mimo tego, że nie dzieje się w sumie nic.
W zeszlą sobotę skończyłam współpracę z barem do którego szczerze bardzo lubiłam przychodzić, a przekonałam się jak ciężko jest pracować.
Ostatni tydzień pracy tam był naprawdę okropny.
I większość czasu który tam spędziłam w ostatnim tygodniu miałam po prostu ochotę przesiedzieć i przepłakać. A pracowałam codziennie.
Szczerze to nawet nie chce wiedzieć jak wysoka wypłatę dostanę.
Ale już koniec, już nie muszę się tym martwić.
A chociażby-nie powinnam.

Jeżeli chodzi o bardziej przyjemniejsze rzeczy, to od poniedziałku jestem już u mojego chłopaka.
Nie wiem czy potraficie sobie wyobrazić jaka to radość, zobaczyć ukochaną osobę po przeszło miesiącu rozłąki.
I tak cholernie lekko mi na sercu kiedy pomyślę sobie, że już właściwie to się z nim nie rozstanę (chyba, że zachce mi się wrócić na parę dni do mojej Pipidówki, by odwiedzić rodziców).
Dzisiaj bądź jutro odbieram klucze do mieszkania.
Będziemy znosić klamoty, żeby w końcu być już na swoim.
Jestem szczęśliwa.
Mimo tych wszystkich drobnych problemów, ciemnych stron dorosłego życia i wyskoczenia na głęboką wodę, na prawdę jestem szczęśliwa.
Przy Nim te wszystkie złe rzeczy blakną, znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Wiem, że są, ale nie tak istotne kiedy stawiało się im czoła samemu, bo mając tak wspaniałą osobę jak On u swojego boku - sama świadomość tego, że On jest i czeka i bedzie- sprawia, że to wszystko nie przerasta możliwości, daje powera do działania. Aż chce stawiać się czoła tym problemom i rozwiązywać je, a nie uciekać przed nimi jak to do tej pory miałam w zwyczaju i zostawiać na później.
Czuję, że z Nim mogę więcej, nic mnie przy nim nie ogranicza.
Rodzice zostali w rodzinnej miejscowości, nie nakładają na mnie szklanej, hermetycznej kopuły i już nigdy więcej tego nie zrobią.
Tylko On otoczy mnie ramionami.

Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego jak bardzo Cię kocham Kondziu.

Jestem szczęśliwa.
Ale tylko przy Tobie.
 

 
Cześć i czołem pingerowicze!
Piszę do was z pracy bo wcześniej w sumie nie miałam głowy, do pisania postów tu. (A że dzisiaj jestem ogródkową, jest zimno i mamy mały ruch to mogę sobie pozwolić).
Ostatnie dni dość bardzo przeżyłam, miałam sporo problemów na głowie i dużo do zrobienia.
Niestety, nie udało mi się wykonać większości rzeczy które zaplanowałam -no kto by się spodziewał?
Niby z planami to tak jest, że zawsze coś się psuje -
Z A W S Z E, ale pzez trzy ostatnie dni byłam w totalnej życiowej rozsypce.
Nie umiałam się zabrać do niczego pożytecznego.
Potrafiłam tylko siedzieć i myśleć o tym, że właściwie to jestem beznadziejna i niczego w życiu tak naprawdę nie osiągnę.
Ciężko mi było wykrzesać od siebie chociaż odrobiny motywacji do działania.
I to wróciło.
Całe dnie jadłam.
Chociaż nie, nie da się nazwac tego jedzeniem.
Całe dnie jadłam i rzygalam.
Całe trzy dni ( w sumie jak ostatnie sześć lat)
Ale już jest okej, już się ogarnęłam. Dałam radę, tak mi sie wydaje.
 

 
Hej ho!

Właściwie to opowiem wam o wczorajszym dniu, bo dość dużo się działo.
Było dużo złości, płaczu, totalnego zrezygnowania, strachu i autentycznego wkurwienia.
Zapytacie dlaczego? A bo, dostałam wypłatę.
Gdy doszedł mi przelew na konto i usłyszałam magiczny dźwięk powiadomienia, szybko otworzyłam aplikację banku i.... nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
Ślina stanęła mi w gardle, nagle w ustach miałam istną Saharę i myślałam, że mnie coś rozerwie od środka.
(900 polskich złotych za cały miesiąc roboty.
Za miesiąc zapierdalania po nocach i użerania się z alkoholikami niewiadomego pochodzenia. CHUJ. )
Na szczęście nie rozerwało, ale przez resztę dnia myślałam, co powiem szefowi i jak efektywnie stamtąd odejdę.
Z tego wszystkiego dostałam okropnych nerwobóli w klatce i za cholerę nie chciały przejść, a jak odejść i tak nie wymyśliłam, nie wykreśliłam się z grafiku, nie oddałam koszulek, nie rzuciłam umową w szefa, nie zrobiłam burdy, nawet nie dałam rady powiedzieć tego co mi leży na sercu. I dzisiaj też tam idę.
I będę jeszcze przez sześć dni.
Jak sobie pomyślę, to rzygać mi się chce.
Ale tak na prawdę to nie mam wyjścia.
Albo
i mam wyjście.

Nie wiem już tak szczerzę,
Nie mam ochoty o tym myśleć.
Boli mnie w klatce.
 

 
Dobry wieczór, cześć i czołem.
Właśnie wróciłam z pracy i jestem dosyć styrana.
"Dorabianie wakacyjne" jako barmanko-sprzątaczko-kelnerko-kucharka, to jednak ciężki kawałek chleba. Zwłaszcza, kiedy jest się jedną panią od wszystkiego na cały, dość duży lokal.
Jednakże nie chce mi się spać, dlatego jestem tutaj.
Wracając jednak do tej mojej nieszczęsnej wakacyjnej pracy, opowiem wam co nieco jak to wygląda w praktyce, bo w teorii chyba każdy coś na ten temat wie i ma pojęcie.
W rzeczywistości nie wygląda to tak kolorowo, nie wystarczy, że siedzisz za barem i od czasu do czasu nalewasz piwa, czy robisz drinki. owszem są dni gdzie nic się nie dzieje ale zazwyczaj
musisz ciągle biegać za klientami, być miłym nawet jeżeli nie chcesz- czy nie masz humoru. Musisz ciągle robić dobre wrażenie, żeby przyciągać ludzi. Tak zwana dobra mina do złej gry, dzisiaj miałam okazję przekonać się na własnej skórze, jak to ludzie potrafią być niemili i opryskliwy w stosunku do drugiego człowieka.
Może i do urodziwych należę, ale mam twarz.
"Zamknij się bo jebnę Ci w ryj".
Po prostu mnie zamurowało, nawet nie wiedziałam co odpowiedzieć, a zaczęło się od tego, że ten człowiek mi się przedstawił i kazał mówić do siebie po imieniu, a mi wyrwało się przypadkowe "Pan".
Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to normalne, gdy kogoś nie znam, lub ktoś jest ode mnie starszy. Tak mnie uczyli w domu, tak mnie uczyli w szkole, więc o co chodzi?
"...jebnę Cię w ryj"
Zdenerwowało mnie to.
"...w ryj"
Kiedyś obiecałam sobie, że nigdy nie dam się nikomu poniżyć, a w praktyce, nawet nie umiem, a gdybym umiała to nie mogę, bo muszę być miła.
Pomijając to, bycie kelnerką to straszny zapierdol. Nosisz czyste szkło, znosisz brudne szkło, obsługujesz, gotujesz, zmywasz, zanosisz czyste szkło, znosisz brudne szkło. Uśmiechasz się mimo to, że jesteś już zmęczona, nic nie jadłaś przez pół dnia, masz okres i nie chce Ci się żyć, ale jednak się uśmiechasz. Pod koniec zmiany nogi wchodzą Ci w tyłek, a jeszcze trzeba posprzątać lokal.
Tu rozsypane, tam rozlane, w kiblu ktoś narzygał.
Robisz za mniej niż najniższa krajowa, borykasz się z trzeźwymi inaczej i nikt Ci nie podziękuje, za to w zamian jeszcze naplują Ci w twarz.
Niewdzięczna ta praca.
Oczywiście są też dobre strony.
Pracuje w naprawdę świetnej atmosferze, ze wspaniałymi ludźmi, których w sumie traktuje trochę jak rodzinę. I ciągły kontakt z ludźmi, rozmowy, żarty, komplementy, często także nie banalne napiwki.
Ktoś się mnie zapyta, mimo tych dobrych stron czemu podjęłam się tej pracy, skoro miałam świadomość, że będę użerać się z osobami nietrzeźwymi.
Z jednej strony nie miałam wyjścia, bardzo mało jest pracy w moim regionie, a nie chciałam zmarnować całych wakacji na pierdzenie w stołek.
Jest jednak jeszcze jeden ważny powód dla którego zdecydowałam się na podjęcie tej, a nie innej pracy i są nim właśnie ludzie.
Jestem osobą z gwoli ścisłości dość nieśmiałą, mało tego, panicznie bałam się ludzi. Nadal się ich boje, a gdy jestem w większym towarzystwie po prostu się zamykam w sobie.
Czy to aspołeczność? Całkiem możliwe.
Ta praca była moją furtką, do pokonania własnych ograniczeń, to był i jest mój główny powód.

Ciesze się, że mogłam tam pracować, co prawda,będę tam jeszcze nieco ponad tydzień, ale ciesze się.
I cieszę się też, że już koniec.
Ciesze się, że się wyprowadzam.
W końcu zacznę jakieś normalniejsze życie.
Z czystą kartą, ze wspaniałym facetem, we własnym mieszkaniu.
Z dala od mojego małego koszmaru.
Nie zrozumcie mnie źle, kocham moich rodziców, kocham to miejsce, ale wiąże się z nim zbyt dużo negatywnych rzeczy i emocji.
Nie umiem żyć w innym miejscu, ale tutaj także tego nie potrafię.
Zawsze gdy tu wracam, moja choroba się nasila.
Nie umiem tutaj panować nad własnym życiem, mimo tego, że gdzie indziej radzę sobie świetnie.
To miejsce, to moje małe piekiełko. Świat w świecie, którego w żaden sposób nie da się zmienić. Rzeczywistość, której się nie ominie.
Smutno mi na myśl, że będę musiała opuścić ten pokój, gdzie tyle się wydarzyło na przestrzeni 6 lat.
Oczywiście, będę mogła tu wrócić, ale nie wiem czy będę chciała.
Przykro mi, a zarazem jestem szczęśliwa.
W końcu... Zawsze marzyłam, żeby stąd uciec

 

 
Gdyby nie mój tatuś ( tak jeszcze mieszkam z rodzicami), wstałabym sobie może około godziny jedenastej.
Ale nie! Zaraz po przyjściu z pracy tatuś stwierdził, że mam dużo do zrobienia i obudził mnie w środku nocy - o 8.00
Pal licho, że na 18.00 do pracy i pewnie całą noc znowu będę miała z głowy. A do rooty w sumie dzisiaj nie miałam nic. Właściwie to przeleżałam cały dzień z zamiarem zrobienia czegoś konstruktywnego, jednak plan spalił na panewce.
Ogólnie rzecz biorąc mam trochę zamieszanie w życiu, tu studia, tam mieszkanie, tu brak aprobaty ze strony rodzicielów i ciągła mania kontroli z ich strony sprawia, że szczerze mi się wszystkiego odechciewa.
Trochę mam do nich żal, bo całe życie byłam przez nich ograniczana i nawet teraz, kiedy jestem już jakoby pełnoletnią, w miarę dojrzałą osobą nie pozwalają mi na rozwinięcie skrzydeł.
Ja wiem, martwią się na swój dziwny i nienormalny sposób, ale ja dam sobie radę.
Dam radę, bo nie mam innego wyjścia.
Dam radę, bo muszę i chcę.
Dam radę dla siebie i dla nich, żeby im pokazać,że jednak nie jestem aż tak słaba, za jaką mnie mają.
 

 
Cześć wszystkim! Nazywam się Asia i jestem 19-sto letnią (niespełna, hehe) studentką.
To znaczy... studia zaczynam od 1 października z czego niezmiernie się cieszę, bo zawsze o tym marzyłam, ale...
No właśnie, jest jedno 'ale.
Nie na moim wymarzonym kierunku.
Jestem przekonana jednak, że za rok to się zmieni i będę się mogła nazwać prawdziwą "studentką medycyny".
Czy mam jeszcze jakieś marzenia?
Owszem! Całkiem sporą garstkę, ale najbardziej chyba, chciałabym być szczęśliwą studentką medycyny. Tak, to tworzy całkiem zgrany duet.

Jak już wspomniałam w notatce 'o mnie' interesuje się biologią i chemią, ale( Uwaga! to będzie dla was szok!)nie tylko.
Lubuje się w literaturze horroru i kryminału, ale nie ograniczam się tylko do tych gatunków. Zdarzy mi się przeczytać jakieś romansidełko, jak to na rasową babę przystało, czy książkę fantasy.
Moimi ulubionymi autorami są King, Masterton i Margit Sandemo.
Muzyki słucham różnej,ponieważ staram się nie ograniczać -ludzie ograniczeni są nudni, prawda?
Oprócz tego u góry uwielbiam tańczyć z ogniem, chociaż nie miałam dawno ku temu okazji.
Czasami param się rysunkiem, śpiewem i grą na gitarzę, o ile mam na to wszystko czas oczywiście.
Moją słabością jest każdy rodzaj sztuki, a poezję widzę wszędzie.
(Czasami śmieją się ze mnie, że ciut minęłam się z powołaniem i wydaje mi się, że w sumie trochę mają rację.)

Swoją drogą (tak, żebym nie zapomniała, bo czasami mi się to zdarza) to zmagam się z zaburzeniami odżywiania.
Zaraz w sumie minie mi szósty roczek - wspaniały powód do świętowania, ha ha ha.
Z tej jednak okazji, postanowiłam wznowić bloga, którego teraz zamierzam prowadzić w miarę systematycznie (aha) i nie o tematyce w jakiej był prowadzony ostatnim razem.

Będę traktować tego bloga bardziej może w formie pamiętnika, będę pisać wam o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Myślę,że to nie jest najgorszy pomysł co?

Podsumowując, jestem Asia i od 1 października będę studentką, moje życie to ciągła mieszanina nieogarniętych nastrojów, chęci i niechęci do jedzenia, milionów myśli/ zainteresowań/ poczynań na sekundę, na których w ostateczności też nie mam czasu.
Miło mi, że mogę zacząć po raz samaniewiemktóryraz.
I miło mi być tu z wami!